Obuchem w łeb

Jest 4 stycznia 2009 roku, niedzielny wieczór. U Marcina niedziela jest „dniem kąpielowym”, więc wieczorem jak zwykle przygotowałam wannę pełną ciepłej wody. Ta kąpiel jednak nie zakończyła się tak, jak zwykle.

Marcin nagle wychodzi z wanny i siada na ubikacji. Po chwili w muszli jest czerwono. Oboje nie wiemy co się dzieje. Marcin wstaje i wyciera się, potem opada na zamkniętą ubikację. Krew leje się dołem tak, że jest już zalana cała podłoga. Przykrywam go ręcznikiem. Traci przytomność i zaczyna się dławić. Palcem wydłubuję mu z gardła wymiociny. Już oddycha. Zostawiam go opartego w kącie i dobijam się do sąsiadów. Są w domu. Sąsiadka dzwoni po pogotowie, a sąsiad pomaga mi przenieść bezwładnego Marcina do pokoju. Kładziemy go na łóżku i przykrywamy, bo cały się trzęsie. Odzyskuje świadomość, ale jest blady jak ściana. Pogotowie przyjeżdża w kilka minut. Nie mogą się wkłuć do żyły, ani wyczuć tętna. Wreszcie wenflon założony i podłączona kroplówka. Jedziemy do szpitala. Szybkie badania. Duża anemia i decyzja –  natychmiastowa transfuzja. Funkcjonuję jak robot, adrenalina działa. Krwotok samoistnie się zatrzymał.      Marcin żyje, ale niewiele brakowało…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s